| Męczy psy z miłości. Nikt jej nie przeszkadza |
|
|
|
| Redaktor: Ja | ||||
| 03.06.2008. | ||||
Miała już proces za znęcanie się nad zwierzętami. Blisko 80-letnia mieszkanka ul. Prostej znowu przetrzymuje psy w makabrycznych warunkach.
Podobnie mieszkanie wyglądało w sierpniu 2002 roku, gdy z nakazem prokuratora wchodziła do niego policja, pracownicy schroniska dla zwierząt, lekarz weterynarii. Widok wstrząsnął wszystkimi. W sieni siedziały spętane ze sobą psy, w ciemnej kuchni i pokoju zwierzęta były przywiązane do mebli. Sznurki były poplątane, dusiły czworonogi. "Pies bokseropodobny mieszka w szafie, do której przywiązany jest łańcuchem o długości około 1 metra i wadze około 1,5 kilograma. Jeden z kotów przetrzymywany jest w kredensie w szafce za szklanymi szybami. Warunki sanitarne pomieszczeń i ilość nagromadzonych tam zwierząt grożą epidemią" - pisał w raporcie inspektor Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Wtedy doliczono się ponad 30 psów i dwóch kotów. Decyzją prezydenta miasta odebrano je pani Sabinie. Kobietę oskarżono o znęcanie się nad nimi, choć psychiatrzy uznali, że ma ograniczoną poczytalność. Przed sądem tłumaczyła, że wszystko robiła z miłości do zwierząt. Sąd uznał, że nie popełniła przestępstwa, tylko wykroczenie. Odstąpił od wymierzenia kary. Od tego czasu nikt nie zainteresował się kobietą, choć już w sądzie mówiła, że marzą się jej kolejne psy, w tym bernardyn. Teraz ma ich 11. - Kundelki, owczarka, wyżła, amstaffa, bernardyna, boksera - wylicza przez furtkę pani Sabina. - Bardzo je kocham i dbam o nie. Codziennie jeżdżę po porcje rosołowe i gotuję im potrawki z warzywami. Mam przecież emeryturę. A że jest brudno? Od brudu chyba jeszcze nikt nie umarł. Kobieta twierdzi, że kupuje psy na giełdzie. Podobno wypuszcza je do ogródka, ale sąsiedzi rzadko je widują. Z domu słychać za to ciągłe skomlenie i piski. Kobieta pokazuje suczkę z ogromnym guzem pod brzuchem. Pies wyprowadzony z ciemnego domu szaleje z radości, ale sprawia wrażenie, jakby nie widział. - Odczepcie się ode mnie. Nie potrzebuję żadnej pomocy, bo sama świetnie sobie radzę. Już raz mi zabrali psy, ale tym razem na to nie pozwolę - ostrzega pani Sabina. W poniedziałek na ul. Prostą dotarli strażnicy miejscy w towarzystwie Roberta Drogosza, inspektora Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Próbowali wejść do domu, ale kobieta ich nie wpuściła. - Nie mogę zrobić nic więcej - tłumaczy Drogosz. - Wysyłam pismo do powiatowego lekarza weterynarii, by sprawdził warunki epidemiologiczne i kondycję zwierząt. Tylko on może wydać decyzje w tej sprawie, np. przyczynić się do odebrania psów. Do ulubionych (25) | Zacytuj | Odsłon: 192
Tylko zalogowan użytkownicy mogą komentować materiały . Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 |
||||
| Zmieniony ( 18.06.2008. ) | ||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|







